Franek, kwietniki i Greater London Plan
Właśnie.
Bo nic nie napisałam od stu lat i teraz będzie w pigułce o tym co się dzieje dookoła.
Po pierwsze Franek. Jak coś trwa to wydaje się to takie oczywiste, że nie warto sobie tym głowy zawracać, a tymczasem pól roku później okazuje się, że w ogóle nie pamiętamy jak było pół roku wcześniej. Zawiłe… ale chodzi o to, że zaczynam zapominać jak to było jak słonik miał pół roku, i mniej, a wtedy wydawało mi się, że tego nie można zapomnieć. Dlatego muszę gdzieś zanotować Franka teraz. Zdjęcia się nie nadawają.
Najfajniejszy jest Franek rano: budzi się i uśmiecha, przytula się do nas rączkami, obejmuje nas za głowy, całuje w policzki i pokazuje gdzie mamy oczka (trochę bilo:)). Franek je tylko parówki, chlebek z białym serem i pomidory. Najbardziej lubi traktory i koparki. Mówi dużo: karktor (traktor), pala (koparka), pepa (przyczepa), bal (piłka - tak właśnie mój syn mówi po ślasku…), w nocy woła pisiu (mamusiu proszę Cię daj mi coś do picia). Uwielbia wszystkie ciocie prawdziwe i niespokrewnioną ciocie Basię (tak naprawdę nie wiadomo czemu, bo ciocia Basia ma rozsądne podejście do małych destrukcji i nie wariuje z radości na ich widok, ale Fran ciągle mówi Baś (ciocia Basia) i jak tylko przejeżdżam kolo wielopola to zaraz tam pokazuje i chce iść). A w okolicy Wielkiej Nocy (już trochę temu, wiem) Fran powiedział swoje pierwsze zdanie: koko papa hopsi (kurki poszły spać), które potem powtarzał często. Franek uwielbia małe dzieci i do wszystkich chce się przytulać i tu jest pewien problem: jak przytula młodsze dzieci to ich mamy drżą, a jak starsze to te starsze nieodwzajemniając Frankowych czułości zrzucają go na przykład z drabinek… Wtedy drżę trochę ja.
Po drugie: kwietniki. Kwietniki zainstalowali w Gliwicach i jeszcze się z ich zainstalowania cieszą. Kosztowały 100 tysięcy polskich złotych i wyglądają jak kupa złomu obrośnięta chwastami.
>>Pomysł takiego ozdobienia Gliwic zrodził się w Miejskim Zarządzie Usług Komunalnych. Wówczas na trawniku przy ul. Dworcowej stanął kolorowy samochód. W Parku Chopina w sąsiedztwie Palmiarni „usiadła” pszczoła, a przed gmachem Gliwickiego Teatru Muzycznego „zakwitły” harfa, gitara i klucz wiolinowy. Kompozycje spodobały się mieszkańcom, dlatego w tym sezonie MZUK przygotował kolejne zielone atrakcje.< < (za informatorem miejskim)
No i strasznie mnie to ... denerwuje panie doktorze (żeby było eufemistycznie, a ko zna ten wie:)). Najgorsze są chyba siusiaki pod pomnikiem Mickiewicza. Muszę sprawę zilustrować zdjęciami. Ale generalnie chodzi o to, że w mieście prawie 200 tysięcznym, historycznie ładnym, z aspiracjami i dużym ośrodkiem naukowym, nie dość, że nie ma spójnego planu rozwoju przestrzennego, nie ma koncepcji na wizerunek miasta, panie z Wydziału Planowania Przestrzennego mówią, że Gliwice nie mają być miastem-ogrodem tylko centrum logistycznym więc po co nam nowe tereny zieleni, nowe inwestycje są chaotyczne i często brzydkie (vide: Hotel Sylvia na przeciw UM), główna ulica zamienia się w centrum banków, a 500 metrów od rynku powstaje już drugi gigantyczny mall handlowy, to na dodatek w ramach podnoszenia jakości życia w mieście: >>„przycupnął” łabędź (…) i „przyleciała” kwietna sowa<< zespawane z kratek chodnikowych... słabo?
Po trzecie: W okolicach 15:18 stwierdziłam, że rozwój planowania przestrzennego jest ciekawy... i to był powód żeby zrobić sobie przerwę. Co niniejszym kończę robić.
Zapisano: 25.06.2009 w kategorii: Bzdury, Praca, dookoła Franka.
Komentarze: 1

