Rozmyślając za dużo
Czasem stukając w klawiaturowe guziczki rozmyślam za dużo o wszystkim. Czasem, niestety, wklikuję potem jakieś bzdury. Ale mam nad czym rozmyślać.
Bo po pierwsze. Na niezwykle mądrych konferencjach, i po prostu przy winie, zżymamy się na stan polskich miast, na brak ładu przestrzennego i na bezguście. Zazwyczaj wszystkie dyskusje kończą się stwierdzeniem, że problemem jest brak edukacji społeczeństwa i niska świadomość otoczenia. Więc, wzorując się nieco na tym co zobaczyłam w Singapurze (jak w muzeum planowania przestrzennego uczą małe dzieci zrozumienia procesów miejskich i planistycznych realiów) postanowiłam pozmieniać świat na dostępną mi najbardziej lokalną skalę i uwrażliwić na sprawy miasta studentów OŚ, z którymi mam drugi semestr ćwiczeń z planowania przestrzennego. No i tak: ćwiczenia zaczęłam od rozmowy o wielkościach w planowaniu (średnio 6 osób na 25 wiedziało ile metrów kwadratowych ma hektar, a z tych tylko połowa - ile to jest kilometrów kwadratowych), na następnych ćwiczeniach starłam się przedstawić skróconą historię urbanistyki i kilka elementów struktury przestrzennej miasta (nie wiem co z tego wyszło bo pod koniec wykładu ktoś się zapytał co to jest pierzeja), a na ostatnich zajęciach chciałam porozmawiać ze studentami o zaburzeniach w strukturze urbanistycznej i jedna ze studentek przyniosła zdjęcie Domu tekstylnego Weichmanna, Mendelsohna z komentarzem, że tu taki gniot psuje ulicę Zwycięstwa… nie wyskoczyłam przez okno tylko dlatego, że pomyślałam sobie, że w prawdzie nie nauczę ich odróżniania dobrej architektury od mizernej, ale może przynajmniej dzięki tym zajęciom zauważą, że otaczające nas miasta kształtujemy sami i, że przestrzeń ma wartość. Może zanim, już jako inwestorzy, postanowią przerobić park na parking, ocieplić kamienicę z zatracaniem cech stylowych, czy wymienić okna na zupełnie inne przypomną sobie o moim paplaniu… Może coś w ten sposób uratuję.
Ale zaczęło się od rozmyślania. Bo rozmyślałam przy klikaniu, co nie posuwało mojej pracy zbytnio do przodu, więc postanowiłam już to z siebie wyrzucić żeby na dzisiaj skończyć z rozmyślaniami i zająć się tym, co może nie bardzo ważne, ale za to bardzo pilne. Rozmyślałam nad tym, że zbyt mało mam doświadczenia żeby moją gorącą pasję przelać na niezainteresowanych studentów Ochrony Środowiska. I o tym, że godzenie roli mamy/żony/architekta/doktoranta i pokrewnych jest strasznie trudne, bo każda z tych dziedzin wymaga pełnego zaangażowania, a 24 h …. to za mało. I, że doskonałym komentarzem jest wypowiedź profesora Kuczy-Kuczyńskiego na łamach obrazkowego pisma dla pań, które kupił mi mąż, otóż profesor powiedział, że jego syn bardzo rożni się od niego samego, bo dba o swoją rodzinę i, że z jednej strony to dobrze, ale z drugiej strony denerwuje się na niego jak ten tak wcześnie, o 19.00, wychodzi z biura żeby poczytać dzieciom na dobranoc… No i potem przypomniałam sobie moich kolegów, którzy projektują i piszą mądre rzeczy na raz - wszyscy siedzą po nocach i mało mają czasu na cokolwiek, a nawet jak mają dzieci to mają do tych dzieci żony i nie zawsze wracają żeby tym dzieciom poczytać.
A jak ja mogę nie wrócić do mojego synka? Już i tak więcej czasu spędza ze swoją opiekunką niż ze mną.
Tak więc doktorat leży i kwiczy, projekty postękują, a ja piszę bzdury na blogu żeby wytłumaczyć się głównie przed sobą.
A na sam koniec mój antywirus uznał mój program do projektowania za element szkodliwy i go usunął. I może to jest najlepszy komentarz…
Zapisano: 2.12.2008 w kategorii: Praca.
Komentarze: 1
Komentarze
inna Sylwia
10/02/2009, 17:16
Porozmyślaj jeszcze :) czekamy


Skomentuj