umarł król, nich żyje król
skończyły się wakacje, byle do wakacji…
Krótkie zimowe wakacje skończyły się zupełnie zanim na dobre się rozpoczęły. Czwartego dnia na brzegu świadomości pojawił się niepokój, piątego - udało mi się go wypluć obok kostek z cukrem, przy porannej kawie na stoku, szóstego dnia nie wiedziałam już czy radość z jazdy jest uzasadniona w obliczu zbliżającego się terminu zamiany kilku szczęśliwych dni na 3 euro kaucji za karnet, siódmego dnia byliśmy znów w prawdziwym świecie - z wszystkimi tego konsekwencjami.
Zaczęłam od końca, - ale chciałam napisać o momentach szczęścia, które doganiam zjeżdżając z dobrze utrzymanego stoku, w słońcu, na naostrzonych nartach. Bo to chyba nie jest normalne żeby najbardziej namacalne chwile szczęścia przeżywać podczas tak absurdalnego zajęcia jakim jest zjeżdżanie w dół wzniesienia, po śniegu, często sztucznym, w niewygodnych butach. W ogóle takie wakacje na nartach przybierają postać ciężkiej pracy: wstaje się wcześnie rano (wcześniej niż przyjęto wstawać na wakacjach), wychodzi się na mróz, który w normalnych warunkach sklęlibyśmy szpetnie wchodząc do samochodu ze sprawnym ogrzewaniem, a potem cały dzień wykonuje się ciężką pracę fizyczną (cóż, że w tym wypadku akurat bezproduktywną) po to by po zamknięciu wyciągów dowlec się na ostatnich nogach do hotelu, cierpiąc srodze przy każdym ruchu kończyną. I tak w koło Macieju - sześć razy.
A jak, nie daj Boże, wyjdę z domu godzinę po otwarciu wyciągów - to się denerwuję, że już strasznie późno. Jakakolwiek sugestia, że mogłabym raz nie pójść na narty - tylko pojechać coś zobaczyć (co w normalnych warunkach uczyniłam z dziką chęcią - jeżeli tylko można coś zobaczyć na pewno chciałabym to zrobić) jest przeze mnie traktowana jak niedorzeczna bzdura. W ogóle wyjazdu narciarskiego nie dotyczą reguły wyjazdu na wakacje, nie interesuje mnie gdzie jedziemy (w sensie okolicy innej niż zespół tras narciarskich), co jest dookoła, co można zobaczyć, czego spróbować, nic w ogóle. Gdybyśmy pojechali na narty 50 km od realizacji Philipa Johnsona, mnie byłoby żal dwóch godzin na wycieczkę.
Bo na nartach jestem szczęśliwa. I nie wiem czy coś jest nie tak ze mną, czy z cywilizacją, że bywa się szczęśliwym w tak absurdalnym momencie.
Zapisano: 30.03.2009 w kategorii: Bzdury.
Komentarze: 1
Komentarze
Marta
06/04/2009, 11:10
Aaaa, bo wyjazdy na narty zawsze trwają tak krótko:( Ale myślę sobie, że gdyby wyjechać na dwa tygodnie i zrobić sobie przerwę od jazdy w trakcie wyjazdu to by nie było to… A gdyby jeździć dwa tygodnie bez przerwy… to może by się znudziło? Może lepiej nie ryzykować i zostać przy tych szesciodniowych wypadach? Tylko żeby wypoczynek był wypoczynkiem to nie można się stesować, a ja drugiego dnia zdenerwowałam się straszliwie, bo zaczęła sie odwilż. Trzeciego dnia co prawda już nikt o niej nie pamietał, ale muszę przyznać, że mój stres przed wyjściem na stok był porównywalny z tym, który towarzyszy zbliżającemu się terminowi złożenia pracy dok. Tiaaaa, są narciarze i są …. narciarze tacy jak ja:)))))


Skomentuj